Cafe La Ruina i Raj – Recenzja

przez Kuba

Ten tekst będzie miał wielu bohaterów, a tylko jednym z pierwszoplanowych będzie jedzenie. Witajcie w Ruinie, i w Raju!

JEST JEDEN TYP KNAJP

który opiera się jakimkolwiek formom kategoryzacji i szufladkowania. Jest tu za dużo na bar czy knajpę. Zbyt luźno na restaurację, zbyt zwariowanie na bistro. Gastro – koncept to taki twór językowy, żeby „opisać nieopisane” a jednak nadal nie łapie o co w tym wszystkim chodzi. Myślę, że problem polega na podmiocie opisu. Wszystkie powyższe próbują opisać miejsce a nie osobę stojącą za jedzeniem.

Jak tylko otwierają się drzwi do Raju – a już samo to brzmi całkiem nieźle :) – czuć intensywne zapachy przypraw, smażenia, gotowania i słychać dobiegający z wnętrza harmider. Trafiamy na moment gdzie w menu króluje kuchnia azjatycka (ale o daniach za moment), więc czuć również sos sojowy, rybny i całą te mieszankę zapachowo-wybuchową po której jesteś pewny, że wyjdziesz stąd zadowolony.

Zupa Pho

KUCHNIA AUTORSKA

Kuchnia autorska – to prawdopodobnie termin który przyszedł Wam do głowy. Pomyślałem o nim i ja, ale nadal to nie jest ta kategoria. Zostawmy ją dla wszelkiej maści „chefów” którzy łączą stare z nowym, oczywiste z nieoczywistym. Nadal to termin o tym co, a nie kto. Z kolei wszystko w Cafe La Ruina i Raj mówi nam że to miejsce wymyślili ludzie z charakterem.

Tutaj małe sprostowanie, na FB znajdziecie profil Cafe La Ruina i Raj. Ruina to miejsce w którym wypijecie selekcjonowane kawy i zjecie coś słodkiego do tejże. Raj, otwarty dwa lata później (w 2014), to miejsce w którym zjedliśmy i które głównie tu opisuję. Oba ścianę w ścianę, prowadzone przez tych samych ludzi, nawet rachunek zapłacicie wspólny ;)

Taki malutki stoliczek zajęliśmy ...

Wracając do miejsca, stara kamienica, a na surowych ścianach zdjęcia z podróży, cytaty, gadżety z różnych stron świata. Aneta wiedziała czego się spodziewać, bo zrobiła wywiad w necie, aczkolwiek nadal weszła i usiadła „na wdechu i z ach” wymalowanym na twarzy. No może niekoniecznie poetycko tak było bo byliśmy z psami, rozłożyliśmy klatkę, umęczeni pieszą wycieczką po Poznaniu zasiedliśmy i wtedy to

ACH! OCH! I POCZTÓWKI...

Pocztówki to była pierwsza rzecz na którą zwróciliśmy uwagę przy stoliku. Znów kolorowe, piękne zdjęcia a na tyle wypisane potrawy. Otóż to, właśnie na pocztówkach było wypisane menu. Jak wspomniałem trafiliśmy na kuchnię z nastawieniem dalekowschodnim, a oferta zmienia się tu bardzo często. Równie często warto pytać o tym z spod i znad lady można dostać. Dużo się tu dzieje na fejsbuku i instagramie – potrawy są testowane i podawane bez wyraźnego klucza czasowego i geograficznego.

Menu i dania opisane są na pocztówkach - kapitalny pomysł!

Ciągle zauroczeni zamawiamy 3 na 2. W sensie trzy dania na naszą dwójkę bo nie możemy się zdecydować kto co tak naprawdę chce zjeść. Różnych potraw, jak się potem okazało, byłoby i na dwie wizyty do Raju. Muszę też powiedzieć że zrobiliśmy dobrze z drugiego powodu. Nie ma tu stricte przystawek, a same danie nie są bardzo duże. Po posiłku wyszliśmy najedzeni, a zamawialiśmy jeszcze deser, jednak nie przejedzeni. Przejdźmy zatem do konkretów.

KUCHNIA PODRÓŻY

Zamawiamy w koleności losowej: Testaroli (25 pln), Pad Thai z wołowiną (34 pln) i Pho Bo Ha Noi z gęsiną (36pln – regularne w karcie 29 pln). Nasz set jest z jednej strony zachowawczy i pragmatyczny – bo chcieliśmy zjeść coś znanego wcześniej i porównać do naszych wyobrażeń. Z drugiej strony jak się zaraz okaże są tu twisty i momenty ;)

Całość zamówienia

Testaroli to proszę wyobraźcie sobie, trochę takie tagliatelle zrobione z naleśnika! No bo tak w konsystencji ciasto jest i takie i takie. Mówię tagliatelle ze względu na wrażenia z jedzenia, bo w rzeczywistości to razowa mąka pszenna pokrojona w romby, żeby za daleko Was wyobraźnia nie poniosła. Do tego można wybrać jedno z dwóch pesto, zielone i czerwone. Wybraliśmy to pierwsze, bardziej kojarzące nam się z Włochami. Pesto genovese z bazylii, orzeszków pinii, oliwy, grana padano i tego wszystkiego co tradycyjny Włoch zna. Sam sos zrobiony jeszcze z mascarpone co dodaje tej kremowości i pomaga wniknąć w ciasto. Zaczęliśmy jeść zaskoczeni a skończyliśmy rozkochani. Pyszne! Z jednej strony delikatne a z drugiej tak potężne w wyrazisty smak.

Pora na twist – Pho z gęsiną. To mięso akurat odświętnie, bo odwiedzaliśmy Poznań w weekend celebracji święta Niepodległości i uroczystości św. Marcina ( o rogalach jest w osobnym tekście o Poznaniu). Zgodnie z przysłowiem, gęsina musi być! Pho było naprawdę dobre, z mocnym bulionem, a dzięki gęsi mam wrażenie dodatkowo tłuste i sycące. Nie będę się tu dużo rozprawiał o tej zupie, bo do Azji dopiero się wybieramy, niemniej jednak próbujcie bo było i smacznie i korzennie. Świeże zioła w tym tajska bazylia i kiełki dużo do bulionu oddają – chyba zacznę jeść Pho po porządnym kacu albo na naprawdę duży głód. Z Warszawy do Poznania samochodem mniej niż w trzy godziny, akurat żeby zgłodnieć ;)

NA KONIEC KLASYK - PAD THAI

już znakomicie większości znany. Danie jednocześnie kategoryzujące knajpy i dzielące opinie ludzi na „taki jak w Azji” i „zupełnie nie taki jaki jadłem”. Mam wrażenie że jest tu trochę jak z naszym bigosem albo rosołem. Nie dość że każdy region może mieć swój, to z domu na dom będą inne przyzwyczajenia i proporcje.

Pad Thai w Raju

Nie jestem tu, żeby mówić Wam jaki jest autentyczny, powiem za to że ten w Raju jest taki jak go sobie wyobrażałem. Słodki, bo wiadomo że w Azji lubią słodkie. Jednak nie jest to ulep z pół kilograma białego rafinowanego. Słodycz ma tu wyciągać inne dodatki i smaki – sos rybny i tamaryndowiec. Do tego chili, szczypior, kolendra, limonka a wszystko nakłada się na jeden słodko-słono – kwaśny smak którego warstwy pojawiają się po kolei na języku i w głowie, w miarę jak mózg stara się nadążać za tym rollercoasterm. Myślę że to był najlepszy Pad Thai którego do tej pory próbowałem.

Oczywiście jedliśmy również deser – załapaliśmy się na kawałek sernika z mango (14 pln), który popijaliśmy wietnamską kawą (12 pln). Znów pysznie, znów niby prosto a nieoczywiście. Konsystencja, smak mango, jakość składników. Tutaj wszystkiego jest na tyle dużo, że kubki smakowe wariują, ale tylko do momentu żeby samemu nie zwariować i nie wbiec na kuchnię powkładać palec w garnki i popróbować co tu jeszcze mają.

Serniczek z mango

LUDZIE, NIE KUCHNIA

Co do mnie dotarło dopiero jak wyszedłem z lokalu. Tak naprawdę to nie dania były tu intrygujące. Bo jedzenie służy tutaj za przekaźnik, pośrednika. Prawdziwym bohaterem tej historii są ludzie. Ludzie którzy zwiedzają świat i biorą z niego to co esencjonalne, najważniejsze. Łączą to ze swoimi przeżyciami i emocjami, a po czasie ze wspomnieniami. Tutaj nawet na paragonie sernika nie nazywa się sernikiem tylko wypiekiem Moniki ;)

Z tego powstaje jedzenie. Nie jest ważne czy będzie to autentyczne, tematyczne, spójne. Ważne że jest to szczere. Tutaj się nic nie ukrywa, nie ma tematu tabu. Dostajemy na talerzu ogromną moc historii i uczuć. Takich właśnie ludzi i miejsc szukam, to mnie tak bardzo w kuchni interesuje i podnieca. Już wiele takich miejsc przejedliśmy i opisaliśmy na łamach tego bloga, ale musiałem dopiero dostać po gębie i wszystkich zmysłach, żeby ta myśl się w mojej głowie skrystalizowała. Może nawet w 1/10 udało się to na tekst przelać. Jeśli jeszcze nie – widać potrzebujemy jeszcze więcej :)

Mimo że nadal będziemy planować dalekie gastro-podróże, to kto wiedział że Raj dla foodie znajdziemy tak blisko domu ... z pewnością będziemy tu regularnie wracać! Dziękujemy!

AKTUALIZACJA – MAJ 2019

No i stało się. Byliśmy w Poznaniu z okazji blogerskiej konferencji i OCZYWIŚCIE musieliśmy przyjść do Ruiny i Raju. Od czasu poprzedniej wizyty stały się dwie, jeśli nie trzy poważne zmiany w lokalu.

Przede wszystkim zmiana lokalizacji. Teraz bliżej centrum, w deptakowej części miasta, na ulicy Święty Marcin. Zmiana adresu niesie za sobą wyraźne zwiększenie rozmiarów. Na oko przynajmniej dwa (jeśli nie trzy) razy większa powierzchnia. Wcale nie oznacza to, że kolejki są mniejsze ;) Mimo większych gabarytów nadal zachowano ten niesamowity klimat miejsca i ludzi go współtworzących. Pamiątki z podróży, rekwizyty nawiązujące do wyjazdów (ekran „odlotów” rządzi!), ten misz-masz wielokulturowości, często skrajnie dalekich geograficznie od siebie miejsc a mimo wszystko tak do siebie podobny za sprawą miłych i serdecznych, a również bardzo głodnych ludzi!

Jeśli chodzi o jedzenie to znów nie mogę napisać nic złego. Tamtego majowego wieczoru zjedliśmy peruwiańskiego burgera z szarpaną wołowiną, zachwycającego mieszanką smaków przypraw, grillowanych warzyw i sos. Do tego Jerozolima – gęsta potrawka z mielonego mięsa, pomidorów i tahiny. Oraz klasycznie i azjatycko Bahn Mi. Wypchane do granic możliwości francuskiej bagietki.

Oczywiście nie mogło zabraknąć też deseru, postawiliśmy na klasykę tego miejsca czyli sernik z mango oraz sernik jak z kawiarni Five Elephant. Ten drugi jest uznawany jako najlepszy nowojorski sernik. Czy udało się go odtworzyć Monice? Tego wam nie powiemy, bo wycieczka do Berlina jeszcze przed nami. Zdecydowanie jednak sernik z Ruiny i Raju to był najlepszy sernik jaki jedliśmy w życiu. Niebiańsko kremowo,  po prostu idealny.

Cafe la Ruina i Raj to już ewenement nie tylko Poznańskiej, ale również Polskiej scenie gastro. To jest miejsce do którego się specjalnie jedzie zjeść, nawet jeśli z Warszawy mam tam 300km.

Cafe la Ruina i Raj, Święty Marcin 34, 61-805 Poznań

Przeczytaj również

Skomentuj!

Strona korzysta z ciasteczek (cookies), żeby przyśpieszyć jej działanie i poprawić jakość dla czytelnika. Akceptuj Czytaj więcej