Restauracja J: – na Wilanów nadal za daleko – recenzja!

przez Kuba

Nasze recenzowanie miejsc, to czasem prawdziwe wyprawy i poszukiwania skarbów. Znajdujemy miejsca, sprawdzamy, planujemy, a potem wyruszamy w wyprawę na drugi koniec miasta, Polski, czy kontynentu, po to żeby zjeść coś co nas zachwyci. Taką 'odległą' wycieczkę z Bemowa na Wilanów zaplanowaliśmy, żeby odwiedzić Restaurację J:.

LOKALNA A CENTRALNA RESTAURACJA

Piszę o wyprawie, bo kiedy przyjechaliśmy znów na Wilanów, a ostatnio byliśmy tu sporo czasu temu przy recenzji świetnej Figlia di Papa, poczuliśmy się jak w zupełnie innym świecie. Coś jakby miasto w mieście, trochę jak na zagranicznych wakacjach. Taka aura zabudowań, ludzi spacerujących albo relaksujących się na ławkach. I mógłbym się śmiać przez najbliższe 1000 znaków o tym, jak Centrum Opatrzności Bożej góruje nad tą sypialną dzielnicą, jaki mamy tutaj własny, prowincjonalny, polski Watykan. Ale prawda jest taka, że szeroko rozpoznawalną knajpę tak daleko od centrum zrobić trudno.

Bo z jednej strony, jeśli nie masz zbyt dużej konkurencji, to zbierasz wszystkich lokalnie i wystarczy Ci nawet średni lokal żeby mieć tłumy. To sytuacja częsta na Bemowie i nie mam zamiaru wymieniać lokali po nazwach, tak po prostu jest. Szczególnie jak dzielnica jest typową mieszkaniową, to nawet przy większej ilości miejsc, ilość popytu na jedzenie poza domem potrafi rozkręcić niejeden biznes.

Z drugiej strony, każdy restaurator marzy sobie o klientach ściągających z całego miasta i okolic. Wtedy dobra lokalizacja w centrum pomaga, a jeśli takiej nie mamy, to musimy tych gości ściągać do siebie pomysłem, wykonaniem, rodzajem kuchni, czasem ceną – sposobów i ich kombinacji jest kilkanaście.

Dlatego zawsze, kiedy jedziemy na drugi koniec Warszawy zastanawiamy się, czy ta knajpa będzie miała wystarczająco „tego czegoś”. Czy przez to bardziej surowo ją oceniamy? Może tak, może nie, ale zawsze gama kryteriów i ogólny odbiór będzie inny. Zastanawia Was pewnie teraz w takim razie, jak im poszło?

PEŁNE POZYCJI I KOLORÓW MENU

Restauracja J

Część naszego zamówienia

Restauracja J: skusiła nas ładnymi zdjęciami i stories wrzucanymi na Instagrama. Stylówka, pozycje w menu, silne nastawienie na kuchnię wegetariańską/wegańską, to wszystko tworzyło dość spójny i zachęcający obraz, żeby wsiąść do auta, postać w korkach i dostać się do lokalu.

Od wejścia nastrój budują pastelowe kolory, starannie wybrane meble i oświetlenie. Kolorowe menu jest wypchane pozycjami, ale przez to jest równocześnie trochę nieczytelne i wymaga kilku minut skupienia na tym co chcecie zamówić i jak. Sama karta oscyluje koło dwóch pomysłów na śniadanie/lunch i to te są najczęściej promowane na Instagramie / Facebook’u Restauracji. Pierwszym są tosty na słodko lub słono, drugie to tzw. „duże dania”, które w swej istocie sprowadzają się do popularnych w Warszawie bowli. Do tego owsianki, omlety czy jajecznica.

TOSTY

Restauracja J: - na Wilanów nadal za daleko - recenzja!

Tost z pastą z łososia

Tosty francuskie przygotowywane są na drożdżowym pieczywie, bez dodatku masła, jajek czy mleka i musimy przyznać, że wychodzą naprawdę smacznie! Zmiany receptur i podmianki składników wyszły bardzo dobrze a pieczywo jest puszyste, lekko słodkawe i wygląda imponująco na talerzu.

Zamawiamy dwie wersje na słono i jedną na słodko. Pierwsza słona to „łosoś” (20 pln) z pastą z wędzonego łososia (z dużą ilością cebuli nieoznaczonej w menu, co bardzo zasmuciło zamawiającą tą pozycję Anetę ;) ). Oprócz tego na toście znalazło się jeszcze pokrojone w kostkę awokado, sałata rzymska, granat, prażone ziarna. Wersja „bekon” (20 pln) to taki śniadaniowo-tostowy klasyk z bekonem, serem, awokado, prażonymi ziarnami i sekretnym sosem. Taka tradycyjna pozycja miejsc z całodniowymi śniadaniami, zawsze dobrze smakuje i specjalnie nie zaskakuje. Sekretnego sosu nie rozpracowywaliśmy, ale była mocno wyczuwalna musztarda co jak najbardziej do całości pasowało.

Restauracja J: - na Wilanów nadal za daleko - recenzja!

Tost "bekon"

Tost słodki „vegan_karmel” (20 pln) to kolejna pajdka chleba z waniliowym twarożkiem słonecznikowym, czarną porzeczką, bananem i wegańskim solonym karmelem. Brzmi nieźle, szykowaliśmy się na pełnoprawną wegańską rollercoasterową petardę, a wyszło trochę mieszanie. Twarożek o lekkim goryczkowym posmaku prażonych pestek słonecznika smakował wyśmienicie. Chętnie zobaczylibyśmy go jako osobny dodatek do chleba przy zamawianiu omletów czy jajecznicy. Nawet lekko grudowatą konsystencję normalnego twarożku udało się tu oddać.

Z kolei wegański solony karmel pozostał tajemnicą co do składu, wujek Google podawał przepisy, które nam nie pasowały składnikami, a smak rozszedł się z oczekiwaniami. Kulka karmelu dość szybko „topniała” i konsystencją przypominała jasny miód lipowy. Zupełnie nie słony, za to bardzo słodki, aż przesłodzony, co końcowo rozjeżdżało nasze wysokie oczekiwania co do tego dania. Nie było źle, to takie „poprawnie z przestrzelonymi ambicjami” (do tego wrócę). Jeśli macie znajomego, partnera, dziecko lubiące słodkie smaki – zamawiajcie śmiało.

Restauracja J: - na Wilanów nadal za daleko - recenzja!

Vegan karmel "bez" dodatków ;)

(NIE TAK) DUŻE DANIA

Duże lunch’e składają się z trzech (do wyboru) podstaw w cenie 29 pln i dodatkami do dobrania. Zamawiam zestaw „bakłażan” z baba ghanoush (pasta z opiekanego bakłażana), kawałek smażonego bakłażana, kasza pęczak, pieczone pomidorki i karmelizowaną cebulką. Dokładam sobie szarpanego indyka (+6 pln) i jajko mollet (+3 pln), czyli jajko na półtwardo.

Jak za tę cenę danie nie jest specjalnie duże, w zależności od wyboru będzie pewnie mniej lub bardziej napełniające (jest baza m.in. z batatem). Moim zdaniem jeden z wymienionych dodatków powinien być już ubrany w kategorię „w cenie do” a całość będzie bardziej zachęcająca. Ale nie piszę żeby wyżywać się nad wielkością porcji. Problem polega na tym, że nie do końca dostałem to co zamówiłem, dlatego ciężko coś tu recenzować. Tę łyżkę dziegciu zostawiam na następny akapit. Samo danie smakowało dobrze z tego co zostało użyte. Technicznie nie mogę się do niczego przyczepić, a skład i konsystencja całości była fajna, były tekstury, było na co popatrzeć – tutaj same plusy.

Restauracja J: - na Wilanów nadal za daleko - recenzja!

Duże danie "bakłażan"

Na plus zaliczamy również napoje. Tych w karcie Restauracja J: jest sporo, od smoothie i koktajli po drinki. Zamówiliśmy smoothie z grupy „Pastelowe” o nazwie Brąz (16 pln), na kakao, mleku, daktylach i bananie, a oprócz tego dwa drinki, z czego jeden z nowości udostępnianych na FB.

CZY RESTAURACJA J: MA TO COŚ?

No to teraz przewińmy i wróćmy do „przewinień”. Do lokalu przyjechaliśmy w niedzielę o 13, zajęte były dwa stoliki, można powiedzieć że nastrój w zasadzie sielankowy. Niestety pierwsze wydanie jedzenie nastąpiło po około 45 minutach. A oprócz głównego dania mówimy tu o tostach, do których składniki najprawdopodobniej powinny być gotowe wcześniej, więc to nie tak że idziesz złowić łososia żeby zrobić z niego pastę.

Jednak najbardziej rażącym błędem była zamiana dań przez brak składników. W „bakłażanie” kasza pęczak została podmieniona na biały ryż, baba ghanoush, czyli w zasadzie podstawa dania, podmieniona na pastę z prażonego słonecznika, w toście łososiowym brakło nasion quinoa, a w toście na słodko zabrakło… wszystkiego, bo zamówienie gdzieś uciekło i się zgubiło. Co ciekawe, przypomnieliśmy o słodkim toście już zgłaszając uwagi co do braków a i ten przyszedł bez wymienionego w menu banana.

Restauracja J: - na Wilanów nadal za daleko - recenzja!

Drinki i smoothie ;)

Smutno potem było słyszeć, jak komu innemu po nas nie pozwolono zamówić tego samego dania ze względu na brak składników – to przecież można było tak od razu. Boli to tym bardziej, że ewidentnie lokal stawia na nietuzinkowe składniki, zamienniki, „wegańskość” i tzw. superfoods i nikt tak dobrze jak kucharze powinni się z rozmysłem tym zajmować. Nasza pani kelnerka zachowywała się godnie i miło mimo stresu, jej nie winimy, to raczej kuchnia wstała tego dnia lewą nogą. Dań nie zwracaliśmy, zjedliśmy w całości bo były smaczne, a po prostu mogły być i smaczniejsze i oszałamiające, no cóż. Na otarcie łez dostaliśmy 10% zniżki od zamówienia.

WHAT HAPPENED IN WILANÓW, STAYS IN WILANÓW

Kolejną warstwą na całą recenzję jest właściciel/pomysłodawca konceptu – pan Jan Paszkowski, swojego czasu robiący karierę w telewizyjnym Masterchefie. Dowiedzieliśmy się o tym mimochodem, dlatego specjalnie pomijam ten fakt aż do końca tekstu. Ale uważam, że warto Wam o tym wspomnieć.

Restauracja J: naprawdę ma zadatki, żeby być czymś więcej niż lokalnym bistro z całodziennymi śniadaniami. Jest tu pomysł, są aspiracje. W gruncie rzeczy było smacznie, ale my nie za prędko będziemy przyjeżdżać po śniadanie aż na Wilanów.

Restauracja J:, Klimczaka 17, Warszawa

Przeczytaj również

Skomentuj!

Strona korzysta z ciasteczek (cookies), żeby przyśpieszyć jej działanie i poprawić jakość dla czytelnika. Akceptuj Czytaj więcej