MOD-na kuchnia

Post który właśnie czytasz, będzie o MODnej kuchni i o MODzie na gotowanie. A dokładnie będzie moją recenzją restauracji MOD przy ul. Oleandrów – kuchni nieoczywistej, zaskakującej....

Ale czym byłby wpis bez chwili wstępu? Czytajcie dalej!

Nasza wspólna wizyta ( co-miesięczne spotkanie ze znajomymi w każdy ostatni piątek miesiąca – polecam taki pomysł!), zbiegła się w czasie z ciekawym felietonem na blogu „Pyza made in Poland – autentyzm za wszelką cenę”. Cała rzecz traktuje o zbliżaniu się do perfekcji, ideału w sprowadzaniu kuchni z zagranicy do Polski i naszego postrzegana autentycznej kuchni. Bo „autentyczna kuchnia” stało się nowym „tradycyjna” i wypiera z użycia  „prawdziwa kuchnia”, a lokale prześcigają się w przekonaniu nas, że to u nich jest ta najprawdziwsza pizza, ten ramen czy babcine pierogi. Często dzieje się to kosztem smaku i oryginalności potrawy. Cały tekst polecam i linkuję, a jak ma to się do Warszawskiego MOD-u?

Jeden z deserów - krem tamaryndowy

Pomieszanie z poplątaniem

Przede wszystkim, ciężko mi sklasyfikować rodzaj kuchni. Miejsce jest znane ze swoim wyśmienitych ramenów (o nich zaraz), ale w karcie są też podroby, owoce morza, a na stronie moddonuts.com reklamują się swoimi amerykańskimi pączkami w wersji francuskiej. Francja przenika tu też główne dania i jak czytamy, wieczorami króluje tu francusko azjatyckie Fusion, prowadzone przez kucharza Trisno Hamida. Czy taki opis odstrasza? Zdecydowanie nie! Wręcz zmusza do przyjścia i wypróbowania przysmaków.

Serce i rozum

Na przystawkę zaczynamy z grubej rury. Zamawiam móżdżek cielęcy, podawany w sosie z pigwy i zielonej herbaty matcha z ziemniakami i dymką (18 pln). Ku mojemu zdziwieniu dostaję cały móżdżek, pięknie podany. Sos jest leciutki i słodki od pigwy a siekana dymka dodaje aromatu i ostrości przystawce. Jak smakuje sam móżdżek? Pierwszy raz jadłem i znajomi przy stole zaparli dech w piersiach przy pierwszym kęsie, obawiając się nagłego zwrotu akcji na stół. :) Nic bardziej mylnego, baaardzo delikatne mięso, które rozpływało się na języku i w teksturze najbardziej przypominało … panna cottę! (to nie żart!) Mięso samo z siebie prawie bez smaku, mocno ugotowane ale podkręcane na zupełnie inny poziom przez dodatki. Gorąco polecam, próbujcie i nie martwcie się, no i jeszcze raz powtórzę – na talerzu wygląda obłędnie!

Móżdżek w pełnej krasie.

Wzięliśmy również pierwszą przystawkę z listy – chleb i masło (10pln), Również tutaj prostota przenika się z pomysłem i nietuzinkowymi dodatkami. Dostajemy trzy rodzaje bułek, słodka mleczną hokkaido, francuską pain de campagne z pieprzem syczuańskim i bułeczkę gougere gdzie ciasto zazwyczaj mieszane jest z serem i formowane w małą kulkę wielkości ptysia. Do tego również trzy rodzaje masła, z miso (pasta z fermentowanej soi), z algami i ostatnie ze śledziem. Czy wspominałem o ciekawych dodatkach? Każde masło smakuje wybornie i z każdym kęsem nie możemy wyjść z podziwu jak prostą przekąską można podać w tak ciekawy, i w zasadzie wykwintny, sposób.

Nawet chleb i masło można podać w wykwintny sposób!

Próbujemy też Yakitori z kaczych serc (18 pln). Szaszłyk z sercami również wygląda ładnie, odcina się mocnym chrzanowym aromatem i posmakiem, ale nie zawojował nami jak dwie poprzednie pozycje. Za to pierożki z wołowiną, wasabi i pecorino (24 pln) bardzo smakowały jednemu z naszych znajomych. Jak widać z przystawek jest co wybrać i na co patrzeć, próbujcie sami i dajcie znać w komentarzach co Wam najbardziej smakowało!

Francuska Azja czy Azjatycka Francja?

Wiadome jest, że jak w menu jest kaczka, to pojawi się u nas na stole. Aneta zamawia Assari Ramen (35 pln) z kaczką, palonym porem na wywarze z tejże kaczki, soi i mirin (słodka przyprawa otrzymywana z lekko sfermentowanego ryżu i wódki ryżowej). Zupa smakowała wybornie o inensywnym smaku bulionu, kaczka nie dominowała ale była mocno wyczuwalna spośród pozostałych składników. Do tego sprężysty domowy makaron i nic więcej nie trzeba dodawać. Przyszliśmy tutaj dzięki rekomendacji znajomych na ramen i wyszliśmy zadowoleni. Spróbowaliśmy też Paitan ramenu z wołowiną (27 pln) oraz Tantanmen (32 pln) z siekanym kurczakiem. Wszystkie trzy trzymały bardzo wysoki poziom, porcje były spore i nie oszczędzano na dodatkach. Rekomendacje w pełni zasłużone.

Paitan ramen

Ja znów na przekór zamówiłem coś innego, żeby sprawdzić jak radzi sobie kuchnia nie tylko z popisówkami. Zamówiłem Talerz: Wołowina (38 pln) z grzybkami enoki, ananasem z płatkami chili i ostrygami gotowanymi w sosie słodko-sojowym. Na talerzu dostałem spory kawałek mięsa w gęstym sosie, przykryty grzybkami. Mięso od jednej strony trochę wiórowate, ale od drugiej mięciutkie i rozpływające się – chyba taka specyfika tego kawałka, bo do wykonania nie mam żadnych zastrzeżeń. Również sos był perfekcyjny, tak słodki i słony jak powinien być, miodzio. Obok mięsa słupek grillowanego ananasa posypanego chili. Dobry dodatek komponujący się z sosem, ale przydałby się jeszcze jeden, albo dwa. Co do ostryg niestety nie mogę się wypowiedzieć, bo ich nie było (?). Sam złapałem się na tym fakcie dopiero pisząc tekst jakiś czas po wizycie w MOD. Sprawdzałem menu zarówno na zdjęciach i na stronie FB. Napisałem do lokalu z tą kwestią ale niestety nie uzyskałem odpowiedzi. Z jednej strony jest to niedopatrzenie kuchni, z drugiej moje przeoczenie (chyba zapatrzyłem się na ramen Anety). Jakby nie było, MODzie, jeśli to czytasz – prosimy o wyjaśnienia!

Wołowina, bez ostryg?

Tantanmen ramen
Tantanmen ramen

Nie ma Pączków!

Po obfitym posiłku został jeszcze trochę miejsca na deser (ale ledwo!). Spróbowaliśmy dwóch propozycji. Gateau (16 pln) – ciasto daktylowe na ciepło z różanym kremem. Bardzo słodkie, ciężkie i gęste ale smakowało wyśmienicie. Ja nie wyczułem różanego kremu, chociaż wysublimowane kubki smakowe Anety już tak :). Może ze względu na jego delikatny i lekki smak, który łatwo mógł zginąć w daktylach. Tak czy inaczej deser bardzo nam smakował.

Gateau z daktyli

Oprócz tego Imbirowe Creme Brulee (16 pln),  podawanego z Sacristian, rodzajem kruchego słodkiego palucha. Creme Brulee prosto w punkt. Chrupka i lekko przypalona skorupka chowała mocno pachnący i smakujący imbirem krem. Kolejny strzał w dziesiątkę dla MOD-u.

Imbirowy Creme Brulee

Jeśli chodzi o wystrój i wygląd miejsca to zupełnie nie pasuje do podawanego jedzenia. Surowe ściany, ciężkie drewniane meble (swoją drogą niewygodne niestety). Jedzenie zakrywa te drobne niuanse ale przez to brakuje do kulinarnego nieba. Dobrze wypada tu stosunek jakości do ceny, a całość MODu kieruje się w stronę fine dining’u, chociaż robią to w swoim własnym stylu. Stylu fusion, który ponoć niemodny, tutaj prezentuje się wspaniale. Czy jest nam potrzebny autentyzm za wszelką cenę? Po tej wizycie wiemy że trzeba szukać kucharzy z wizją i pomysłem. Tak trzymać! Dzięki MOD!

Jeśli podobał Ci się wpis, to podaj dalej! Dzięki!

Mrożone wino. Na zdrowie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *